#balkandogtrip część druga - Albania i Macedonia Północna

#balkandogtrip część druga - Albania i Macedonia Północna

Po tygodniu w Sustas w Czarnogórze ruszyliśmy w stronę naszego drugiego miejsca tygodniowego pobytu - nad Jezioro Ochrydzkie do Albanii. Mieliśmy zarezerwowany apartament 50 m. od plaży więc nastawiałam się na pływanie z pieskami i ogólne, ochłodzenie po czarnogórskich upałach.

Po drodze zahaczyliśmy o bankomat żeby mieć gotówkę na zapłatę za nocleg i na wymianę na albańskie leki (walutę). [Bankomat przy banku w Barze pobrał mi 6,15 EUR za wypłatę 200 EUR...]

Szybko minęliśmy przejście graniczne i początkowo podziwialiśmy linię brzegową, by z czasem zacząć zagłębiać się w ląd w kierunku Tirany. 

Trasa z Sustas do Tushemisht

Początkowo przez głowę przemknęła nam myśl, że może zwiedzimy stolicę Albanii, lecz panująca za oknem temperatura 35 st. szybko nam ten pomysł wyperswadowała. Pierwsze wrażenia po opuszczeniu Czarnogóry - zaczęło się robić miejscami płasko, góry zdecydowanie były niższe i mniej "przytłaczające" swoją wszechobecnością. W oczy rzuciła się od razu ilość mercedesów, które stanowią dobre 90% wszystkich samochodów na drogach i bynajmniej nie są to zdezelowane graty. Trochę więcej śmieci na poboczach, co chwilę stacje benzynowe (już minimalnie różniące się cenami między sobą - 241-248 lek/ litr diesla) i myjnie samochodowe. Coraz częstsze były też minarety i meczety, które nadały otoczeniu bardziej egzotycznego klimatu.

Dużo ograniczeń prędkości nawet na dwupasmowych (gdzieniegdzie) drogach wydłuża znacząco drogę. Co jakiś czas można spotkać niespodzianki w postaci garbów czy dziur, ale ogólny stan dróg początkowo nie budził zarzutu. Dużo policjantów, ale nie widzieliśmy żeby mieli radary.

Gdy wjechaliśmy do Tirany temperatura osiągnęła 37 st. i byliśmy wprost załamani. Stwierdziliśmy, że jeżeli tak będzie na miejscu, to będziemy zmuszeni skrócić urlop. 

Całe szczęście na tym odcinku za kierownicą był Paweł, bo okazało się, że albańscy kierowcy nie za bardzo przejmują się liczbą pasów (czasami nie ma ich również namalowanych) i na rondzie działa prawo siły, czyli każdy wjeżdża na nie wymuszając pierwszeństwo, co o dziwo nie wiązało się z żadnym trąbieniem czy stłuczkami. Podobnie jak w Czarnogórze skrajny prawy pas uznawany jest za parking więc trzeba być ciągle skoncentrowanym i przygotowanym na zmianę pasa.

Ile tu jest pasów?

W Albanii nie ma za dużo odcinków autostrad, ale nawet na tych, po których jechaliśmy w większości ograniczenie było do 80 km/h. Po około godzinie drogi za Tiraną zaczęliśmy jechać wzdłuż pięknej rzeki, która co chwilę nas kusiła, żeby zrobić postój i schłodzić psy. Udało się zaparkować przy restauracji, z której było zejście do rzeki i pieski dały nura do rwącego potoku, co z pewnością sprawiło im ulgę. 

Mijaliśmy co chwilę hodowle róż, które różnokolorowymi pasami ciągnęły się pięknie obok drogi

Zaczęliśmy się wspinać i temperatura zaczęła spadać. W końcu naszym oczom ukazało się majestatyczne i ogromne Jezioro Ochrydzkie, które jak się okazało jest najstarsze w Europie (5 mln lat), najgłębsze na Bałkanach (288 m.) i leży na wysokości 750 m n.p.m.

Adres naszego apartamentu to Pogradec, Tushemisht. Nasza nawigacja nie znajdywała czegoś podobnego więc zaplanowaliśmy najpierw wizytę w informacji turystycznej w Pogradcu.

W pierwszej części wspominałam, że przed wyjazdem próbowałam kontaktować się z parkami narodowymi w Czarnogórze i Albanii żeby dowiedzieć się jak wygląda sytuacja ich eksplorowania z psami. Ze strony czarnogórskiej otrzymałam informację, że do każdego parku można wejść, lecz pies musi być na smyczy. Z Albanii nie dostałam odpowiedzi, ale po przyjeździe do Pogradca, okazało się wprawdzie, że informacji turystycznej nie ma, ale ktoś mnie pokierował do budynku, który wyglądał jak urząd miasta i zawołano dla mnie pana, który płynną angielszczyzną powiedział, że do albańskich parków narodowych można bez problemu wchodzić z psami i dał mi dwie broszury informacyjne. Niestety nie udało mi się nabyć ani dostać żadnych map, byliśmy więc skazani na robienie zrzutów z google maps.

Okazało się, że Tushemisht to malutka miejscowość turystyczna tuż przy granicy z Macedonią Północną. Miły właściciel czekał na nas w umówionym sklepie przy drodze, pomógł nam wypakować niekończące się pudła z samochodu i wskazał miejsce, gdzie mogliśmy zaparkować. Temperatura spadła do 29 st. więc "dało się żyć".

Nasza uliczka
Lokalne piwko 
Spacer przy jeziorze

Za apartament mogłam zapłacić w euro i w samym sklepiku właściciel wymienił mi euro na leki w cenie głównego przelicznika czyli 1 EUR = 120 lek.

Po spacerze, rozpakowaniu się udało mi się wskoczyć na chwilę do wody i zrobić mini trening walcząc z falami (czułam się jak w morzu!). Plaże (piaskowe) były uprzątnięte, ale glony i śmieci zostały dopiero wywiezione kolejnego dnia. Przy drodze/ plaży w Tushemishcie znajduje kilka małych sklepików i dość sporo restauracji serwujących ryby, dania z grilla i pizzę.


Urokliwe restauracje w Tushemiscie

Ja natomiast spytałam właściciela, którą restaurację by polecił i po szybkiej "obczajce" menu wybraliśmy jedną z dwóch polecanych i razem z psami ulokowaliśmy się przy małej rzeczce i chodniku. Pozycji bezmięsnych nie było za wiele, więc wzięliśmy wszystkie czyli dwie - talerz przystawek, na którym były cuda na ciepło i zimno, m.in.: zapiekany ser z papryką i pomidorami, ajwar, oliwki i marynowana papryka, które zostały podane z chlebkiem. Dodatkowo zamówiliśmy wielki placek robiony w palenisku z dwoma rodzajami farszu - szpinakiem i serem i pastą pomidorową.


Do tego zamówiliśmy białe wino stołowe (house wine) i cieszyliśmy się chwilą. Miły pan kelner odganiał co jakiś czas pojawiające się koty, ale nasze psy były dość czujne przez cały posiłek, więc zapakowaliśmy resztę wielkiego placka na wynos i poszliśmy planować albańskie wycieczki. (Za cały posiłek zapłaciłam w przeliczeniu 26 EUR). W restauracji nie było możliwości płatności kartą, ale można płacić w euro. Korzystniej jednak oczywiście wychodzi płatność w lekach.

Przestudiowałam broszurę, którą dostałam od pana w urzędzie i postanowiliśmy kolejnego dnia wybrać się na trekking na Mali i Kozicit (1460 m n.p.m.) po wytyczeniu trasy i bazowaniu na screenach z google maps ruszyliśmy, ale szybko zawróciliśmy, bo... asfalt nam się skończył.
Koniec asfaltu = koniec wycieczki

Po pobycie w Czarnogórze, nauczeni by nie ufać wąskim drogom stwierdziliśmy, że skoro tuż po wyjeździe z miasta jest ona już mega wąska, dziurawa i bez asfaltu to co może być potem?! Wszechobecność myjni samochodowych nagle nabrała sensu - pył wirował w powietrzu i otulał samochód pozostawiając na nim żółtawą warstwę. Po drugiej próbie udało się wykręcić naszym olbrzymem przy małym meczecie i zawrócić. 

Stwierdziliśmy więc, że ruszamy do oddalonej o parę kilometrów Macedonii Północnej i wybór padł na Ochrydę. Przejście graniczne albańskie minęło szybko, przy wjeździe do Macedonii natomiast panowie postanowili przeszukać nasz (pusty) samochód pod kątem narkotyków. Możecie sobie tylko wyobrazić reakcję naszego wilczaka, jak mu nagle do auta wskoczył labrador, a drugi latał w koło... W końcu przejechaliśmy granicę i krętą drogą jechaliśmy wzdłuż wybrzeża. 
Sporo przy drogach spotkać można schronów, którym tubylcy starają się nadać przyjemniejszego wrażenia

Zbliżając się do Ochrydy mijaliśmy niemal co 50 m. policję, ulice były opustoszałe, nawet prawy pas był przejezdny. Było to trochę podejrzane. Zatrzymaliśmy się przy jednym z patroli i spytałam o drogę do informacji turystycznej. Niestety pan nie poratował mnie, okazało się jednak że tego dnia było święto Sveti Stefan i że spodziewają się delegacji, dlatego centrum miasta zostało całkiem odcięte. Wycofując się już niejako "z podkulonym ogonem" zjechaliśmy na którymś rondzie za znakiem wskazującym jezioro. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż udało nam się zaparkować tuż przy parku i deptaku wiodącym do starego miasta.
W oddali stare miasto Ochrydy

Jak tylko zbliżyliśmy się do brzegu Freki niewiele myśląc wskoczył ochoczo do wody nie zdając sobie sprawy, że to nie nasz górski strumień tylko kilkumetrowa toń. Bidok się przestraszył i musiałam go wciągnąć na brzeg przez jakieś szuwary... 
Mokry "szczur"

Szliśmy deptakiem aż do samego centrum, gdzie znów podjęłam próbę odnalezienia informacji turystycznej albo miejsca gdzie mogę kupić mapy parków turystycznych. Niestety policjanci nie byli miejscowi, ale pan zajmujący się przewozem łodziami dał mi mapkę... Ochrydy. Nie poddając się ruszyłam w wąskie uliczki zostawiając Pawła z psami w cieniu i w kawiarni powiedziano mi, że na sąsiedniej uliczce jest księgarnia. Oczywiście nie miałam macedońskich denarów, ale całe szczęście pan księgarz przyjął ode mnie płatność w euro. Udało mi się kupić dwie mapy parków narodowych Macedonii: Galicica i  Osogovski za 6,5 EUR.
Jedna z głównych alejek w Ochrydzie
Odpoczynek w cieniu

Misja zdobycia map została zatem ukończona, mogliśmy więc zająć się zwiedzaniem Ochrydy. Z pomocą otrzymanej mapki udaliśmy się w kierunku ruin twierdzy cara Samuela z X-XI wieku, która króluje nad miastem. Po drodze podziwialiśmy m.in. starą Cerkiew Świętej Zofii i starożytny amfiteatr.
Kościół Świętej Bogurodzicy
Amfiteatr
Cerkiew Świętych Klemensa i Pantelejmona 
Ochryda widziana z okolic twierdzy

Po kolejnym schłodzeniu w jeziorze, tym razem planowanym, ruszyliśmy w stronę samochodu i wróciliśmy na albańską stronę, gdzie w Tushemishcie czekał na nas piękny zachód słońca, który zwiastował zmianę pogody.

Zachód słońca w Tushemishcie

Po powrocie zniechęceni infrastrukturą albańską, a właściwie jej brakiem stwierdziliśmy, że ryzykowne będzie planowanie kolejnych wycieczek z broszur, które dostałam bo jest duża szansa, że znów będziemy zmuszeni klekotać się po klepisku. Uznaliśmy więc, że narazie zajmiemy się planowaniem wycieczek w Narodowym Parku Galicica, który jest uznawany za najpiękniejszy w Macedonii, a od nas znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki. W międzyczasie napisałam do parków narodowych na Facebooku z pytaniem czy można się w nich poruszać z psami i nie dostałam odpowiedzi. 

Rozłożyłam mapę zakupioną w Ochrydzie i lekko "zdębiałam". Przyzwyczajona do naszych map, gdzie zaznaczone są poziomice, szlaki "i takie, takie" zastałam zaznaczone na zielonym tle szlaczki, które miały gdzieniegdzie numery. Przewertowałam więc kilka artykułów w internecie i wybór padł na trasę oznaczoną jako G-6 - pętlę przez szczyt Magaro (2255 m m.p.m.). Zależało nam, żeby wdrapać się wysoko, bo masyw, w którym znajduje się Galicica oddziela od Jeziora Ochrydzkiego Jezioro Prespa, które jest ciekawostką geologiczną/ hydrologiczną. Różnica poziomów pomiędzy nimi wynosi bowiem 150 m na zaledwie 10 km. Z wysoka liczyliśmy zobaczyć oba jeziora.

Jezioro Ochrydzkie

Po przejechaniu granicy po kilku kilometrach w prawo w górę odbija droga, którą poprzedza szlaban i budka, w której pan pobiera opłaty za wjazd - 200 denarów, 8 EUR lub 1000 lek. Po pokonaniu 10 serpentyn wjechaliśmy na przełęcz na wysokości 1568 m n.p.m. gdzie można było zaparkować i skąd rozpoczynało się kilka szlaków, w tym ten wybrany przez nas. Całe szczęście temperatura wynosiła już TYLKO 19 st. więc cieszyliśmy się, że w końcu zrobimy górską wycieczkę. 
Szlak na Magaro

Początkowo szlak wiódł lasem, aby na wysokości ok. 1700 m n.p.m. odsłonić skaliste, niemal księżycowe góry. Szlak wił się zakosami po kamienistych ścieżkach i pomimo stosunkowo niskiej temperatury zaczęło nam dopiekać gdyż nigdzie nie było cienia. Na wysokości nieco powyżej 2000 m n.p.m. zobaczyliśmy wielki pusty billbord/ znak (??), który pozwolił nam na krótką przerwę u jego podnóża. 

Po lewej Jezioro Ochrydzkie, z prawej wyłania się Jezioro Prespa
Jezioro Prespa

Im wyżej, tym bardziej wzmagał się wiatr. Na nieosłoniętym wierzchołku zrobiliśmy tylko kilka zdjęć by zacząć schodzić drugą stroną zbocza.
Na szczycie Magaro 2255 m n.p.m.
Resztki śniegu, ku uciesze psów

Wycieczka zajęła nam 3h, wyniosła 7,5 km i miała 700 m przewyższenia. Byliśmy zmęczeni, ale usatysfakcjonowani. 


Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu zobaczyliśmy ciemne chmury nad jeziorem. Już w drodze powrotnej zaczęło lekko padać, a w nocy lać. Rano gdy wyszliśmy na balkon okazało się, że jest całkiem rześko,  więc pierwszy raz podczas wakacji ubraliśmy bluzy. Tymczasem otrzymałam informację dot. psów w macedońskich parkach narodowych - okazało się, że wycieczkę poprzedniego dnia zrobiliśmy "na nielegalu", bo wstęp z psami możliwy jest tylko do parku Mawrowo na północy kraju... "Rumakowanie" po Galicicy się zatem skończyło... Osoba, która mi odpisała zwróciła jeszcze uwagę na ważną kwestię - na psy pasterskie, które potrafią pogonić turystów, a w stosunku do innych psów są agresywne.

Postanowiliśmy więc coś zwiedzić. Albania ze względu na słabe połączenia pomiędzy miastami niestety wymaga dobrej logistyki w podróży. Najlepiej byłoby spędzić po kilka dni w kilku jej częściach. My takiej możliwości nie mięliśmy i planując co chcemy zobaczyć okazało się, że wszystkie główne atrakcje były oddalone od nas o ok. 4-5 h jazdy (m.in.: Gijrokaster czy Berat, początkowo chcieliśmy nawet podjechać do Salonik, bo dystans wynosił 3,5 h, ale temperatura w Grecji była dużo wyższa). 

Blisko było Korce. Po ok. 50 min drogi dotarliśmy do parku w pobliżu centrum miasta, które chcieliśmy zobaczyć. Na ulicach panował ścisk, był niewyobrażalny ruch uliczny. Nagle spod jakiegoś stolika wyłonił się wielki rottweiler, który zaczął na nas szczekać. Całe szczęście tylko nas odgonił. Gorzej było chwilę później, bo drogę zastąpiła nam karmiąca suka - szybko przeszliśmy więc na drugą stronę drogi, a opiekun się znalazł i ją przytrzymał.
Park w Korce

Wchodząc coraz głębiej w coraz ściślejsze centrum wzbudzaliśmy już nie lada atrakcję. Czara goryczy niestety się przelała gdy nie tylko przechodnie, ale również ludzie w samochodach zatrzymywali się i mówili -"vulk" wpatrując się we Frekiego. Myśleliśmy, że uda nam się jakoś przejść bokiem, ale po prostu zostaliśmy zaszczuci. Biedny Freki wylazł z obroży i znalazł się na środku drogi. Całe szczęście udało się go szybko przywołać i zarządziliśmy odwrót. 
Wyjazd z Korce

Obeszliśmy tę część miasta bokiem, żeby nie wracać znów jako główna atrakcja dnia i odetchnęliśmy jak wsiedliśmy do samochodu. Nie udało się. Cóż, psy najważniejsze. W drodze powrotnej wskoczyłam do całkiem dobrze zaopatrzonego supermarketu i kupiłam trochę prezentów dla rodziny (m.in. lokalne wino i chałwę). W drodze powrotnej znów się rozpadało, a że nie mieliśmy nastroju na gotowanie zatrzymaliśmy się przy polecanej przez mamę właściciela restauracji Dante, która w ofercie miała bardzo dobrą pizzę, którą spałaszowaliśmy w apartamencie (koszt pizzy, w tej dość "fancy" restauracji oscylował między 10-15 EUR).
Pizza z Dante w Tushemishcie

Był czwartek, powrót do Polski zaplanowany mieliśmy na poniedziałek. Zaczęliśmy dumać co robić w kolejne dni, gdy za oknem znów zaczęła się ulewa. 

Deszczowo nad Jeziorem Ochrydzkim

W piątek, z racji, że wciąż padało (ponoć w Albanii jest 300 słonecznych dni, a nam padało trzeci dzień z rzędu...) pojechaliśmy tuż za granicę z Macedonią do Monastyru Świętego Nauma (opłata za auto 2,5 EUR). Wzbudziliśmy wśród straży granicznej trochę podejrzeń, bo przekraczaliśmy tę granicę po raz trzeci w ciągu ostatnich czterech dni...  


Klasztor został założony w 905 r. przez ucznia Cyryla i Metodego przez Świętego Nauma Ochrydzkiego. Monastyr stanowił jeden z największych ośrodków literatury i kultury słowiańskiej tamtych czasów. Piękny widok na Jezioro Ochrydzkie, wpadająca do niego rwąca rzeka, towarzystwo drzew i ogólny spokój tego miejsca bardzo nam się spodobał. Oczywiście psy nie mogły z nami wejść, ale z racji na niską temperaturę mogły spokojnie zostać w samochodzie. 






Po powrocie udało mi się chwilę pobiegać wzdłuż wybrzeża, a znaczące ochłodzenie umożliwiło Pawłowi wybranie się na przebieżkę z Diuną - tu FILM, a ja w tym czasie dałam Frekiemu suszone ucho wołowe. I to był błąd...
Schron

Zaplanowaliśmy na sobotę przyjemną pętlę w Parku Narodowym Prespa, ale całą noc Freki źle się czuł - dyszał, nie kładł się i generalnie niedomagał. Chcieliśmy mu dać parę godzin, licząc że strawi niszczęsne ucho, które najwidoczniej utknęło mu w powiększonym przełyku. Niestety sytuacja nie zmieniła się do wieczora. Rozważając w głowie wszelkie scenariusze włączenie z poszukiwaniem w Albanii weterynarza postanowiliśmy wracać do domu. Wyjechaliśmy ok. 22:00 więc planowane zwiedzanie Skopje w drodze powrotnej odpadło. Całe szczęście, gdy zatrzymaliśmy się na pierwszym postoju, żeby sprawdzić jak ma się Frek, chyba ucho się "wytrzepało" bo z samochodu wyszedł zupełnie inny pies. Odetchnęliśmy z ulgą i kontynuowaliśmy kilkunastogodzinną drogę. Granica albańsko-macedońska, macedońsko-serbska minęły bez problemów, natomiast po przejechaniu granicy serbskiej, do przekroczenia granicy z Węgrami powstał korek, który uziemił nas na 2h w 34 st. upale. Każdy samochód miał otwierany bagażnik i pobieżną kontrolę straży granicznej. Po przejechaniu nieszczęsnego przejścia odetchnęliśmy, bo byliśmy już w unii, więc nie czekały nas już żadne przejścia graniczne.

W Tushemiscie

Podsumowując nasze (niecałe) dwa tygodnie pobytu na Bałkanach - chcemy więcej! Ale na pewno nie w takich upałach... Planowane temperatury, jak sprawdzałam przed wyjazdem miały oscylować wokół 22-25 st. a niestety bywało pod 40... Chcielibyśmy koniecznie zwiedzić resztę parków narodowych Macedonii i zeksplorować miejsca, do których nie dotarliśmy w Czarnogórze. Albania chyba najmniej nas urzekła, głównie przez to, że nie jest jeszcze przygotowana na turystów, nie za bardzo wiadomo gdzie i jak się poruszać, a same drogi, pomimo niezłej jakości dłużą się przeokrutnie. Nasz #balkandogtrip uważamy za udany, choć nie udało nam się zrealizować wszystkich planów, cóż - jest powód, żeby wrócić!

---
Wciąż pracuję nad filmami z wycieczki, ale mój komputer niedomaga, zajmie to więc dłużej niż początkowo zakładałam, ale bądźcie na bieżąco obserwując - www.facebook.com/traildogpl/


Komentarze

Popularne posty